Włochy - rozdział pierwszy 1

Zawsze chciałam to zrobić. Italia rowerem to było moje marzenie.

Od czasu przejechania przez mnie pierwszy raz trasy The Transontinental Race wpadłam w samotne podróżowanie na rowerze po uszy.
Było tylko kwestią czasu, aż dojrzeję do tego, że do podróżowania żaden wyścig nie jest mi potrzebny.
Uwielbiam od czasu do czasu element rywalizacji, ale jadąc dwa lata temu The Transpyrenees
pierwszy raz w moim serduszku mnie zakłuło.
To był moment kiedy zrozumiałam ile tracę jadąc w ten sposób. Tak naprawdę ścigając się na tak długich dystansach połowy nie widzimy. Niemal połowa to noc.
Z rywalizacji jednak w pewnym momencie bardzo trudno jest zrezygnować. Kiedy człowiek robi niesamowite postępy, z tygodnia na tydzień jest mocniejszy i szybszy, naturalnym jest, że do ścigania będzie go ciągnąć.
Moje ciało zdecydowało jednak za mnie. Cały ostatni rok z czegoś się leczyłam. Po nieudanym The Transiberica, rezygnacji z Two Volcanos Sprint i kłopotach z sercem, wróciłam do trenowania dopiero w grudniu. I nie szło źle, choć cały czas organizm się regenerował.
Wisienką na torcie jednak był marcowy Covid-19. Pojechałam z Babską Korbą trenować do Hiszpanii i… dupa z tego wyszła.
Po 3 dniach leżałam już z bardzo wysoką gorączką, 3 dni test wychodził negatywnie, ale niestety na 4 dzień kreska na teście była tak intensywna, że matulu.
I tak dwa tygodnie przeleżałam. Po Covid-19 wróciłam do trenowania i o dziwo wszystko wychodziło mi od ręki – no forma życia normalnie. Do czasu niestety… Po jednym z treningów tlenowych zaczęłam się dusić… Byłam absolutnie przerażona. Diagnoza? Astma powysiłkowa…
To był dokładnie ten moment, kiedy czas było powiedzieć pas. I to dokładnie zrobiłam.
Trening zdominował przez ostatnie lata całe moje życie. Wszystko było temu podporządkowane, całe moje życie poza pracą. Przez pierwsze dni ciężko było mi się odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Siedząc w domu pewnym popołudniem zaczęłam sprawdzać ceny biletów lotniczych, jako że na październik planujemy z moim wspaniałym małżem urlop. I tak natknęłam się na bilet… 460 zł z rowerem. Kierunek Katania. Data 27 czerwca… Moje urodziny… Uznałam to zwyczajnie za znak…
Prędko zadzwoniłam do mamy (która zawsze musi mnie zastąpić w pracy na czas moich szalonych ekapad, za co jestem jej niesamowicie wdzięczna).
A mama, jak to moja mama – jak zwykle się zgodziła.
Życie samo za mnie w sumie zdecydowało, trener poparł tę przerwę, co także miało dla mnie duże znaczenie, bo jego zdanie przez te lata stało się dla mnie zwyczajnie ważne.

Efekt jest taki, że siedzę w samolocie i piszę te słowa. Jest 27 czerwca 2022 roku, kończę 42 lata i spełniam swoje marzenie o samotym przejechaniu Italii.
Dlaczego z Katanii? Odpowiedź jest prosta… Etna. Na Etnę już wchodziłam, ale nigdy nie wjechałam rowerem tymi obłędnymi serpentynami. Czas to zmienić. Tam dokładnie zacznie się moja przygoda. Zawsze chciałam także zobaczyć rowerem te Włochy poniżej Neapolu – te bardziej dzikie, górskie inaczej.
Już sam Neapol różni się od większości włoskich miast, południe Włoch to inne klimaty zwyczajnie. Jeszcze nie zadeptane przez turystów. Na pierwszy etap podróży dość wybrałam Ciclovia Parchi Calabria. Mało ludzi, mało wioch, dużo gór, czyli wszystko co lubię najbardziej.
Jak będzie w rzeczywistości? Przekonam się już zaraz.

Czy uda mi się wrócić do Polski? No cóż… Mam to gdzieś. Pierwszy raz mam naprawdę wszystko gdzieś i jadę zwiedzać świat. Nikt mnie nie goni… Różnica między mną sprzed kilku lat, a wersją dzisiejszą jest taka, że aktualna ma: mocną nogę, doświadczenie w długodystansowym bikepackingu i lekką głowę. 🙂 Pogoda tutaj nie sprzyja aktualnie rowerowaniu. Włochy, podobnie jak Polska mierzą się z rekordowymi upałami. Grunt, że wieczorem w dzień swoich urodzin zjadłam prawdziwą włoską pizzę i do tego mam męża, który popiera moje chore pomysły.

Kilka informacji praktycznych:
Przewóz roweru samolotem często jest tańszy niż bagażu rejestrowanego. Zawsze warto to sprawdzić. Następnie idziecie więc do sklepu rowerowego, prosicie ładnie o karton po rowerze, kupujecie dużo foli bąbelkowej i voila!
Na co należy zwrócić uwagę przy pakowaniu? Osprzęt, tarcze owijacie ogromną ilością folii bąblowej. Całość także trzeba dobrze zabezpieczyć. Do tego kartonu ładujecie wszystko, co możecie. Sakwy, ciuchy, buty.
Czego tam nie zostawiacie? Elektroniki, powerbanków, baterii. Sprzęt elektroniczny bierzecie do kabiny. I rzecz ważna: spuszczacie z opon powietrze. Całość ważycie, żeby nie przekroczyć dopuszczalnej wagi. W samolocie nie wolno także przewozić naboi co2 do pompki, więc sugeruję zabranie zwykłej pompki, a w razie czego może po drodze znajdziecie sklep rowerowy, gdzie naboje co2 kupicie. Niemniej jednak zawsze zapakujcie przelotkę do pompowania samochodową. 😉
Kask zabierzcie raczej do kabiny, nigdy nie ma z tym kłopotu. Niewykluczone, że znajdzie się także parę osób, które dzięki temu zapytają co macie zamiar z tym kaskiem robić 😀 W ten sposób nawiążecie czasem fajne znajomości. 😉

Jak poradzić sobie po przylocie?
Złożenie roweru na lotnisku nie jest problemem, gorzej z pozbyciem się kartonu 🙂 Jednak urok osobisty może wiele zdziałać. 😀
Tym razem to w końcu jednak moje urodziny. Zaszalałam i poprosiłam hotel, w którym zatrzymuję się w urodzinową noc o podwózkę (wiele miejsc noclegowych oferuje taką opcję). Nie jest to super tanie – 40 euro, ale dziś mam to centralnie gdzieś. Chcę na spokojnie złożyć rower, zjeść kolację, napić się wina i świętować.

Co zabrać ze sobą?
To już zależy od Was. Ja do spania wzięłam hamak, podpinkę i śpiwór. Olałam tarpa. Plan jest by spać pod gołym niebem tylko jak pogoda i miejsce pozwoli (we Włoszech biwakowanie na dziko jest zabronione). Podczas deszczu będę szukać noclegu pod dachem. Włochy aktualnie są tańsze niż Polska. Za nocleg w Nicolosi (pod Etną) zapłaciłam 120 zł ze śniadaniem. Schronisko w górach to koszt jakiś 70 – 100 zł.
I tak przecież co tę parę dni dobrze się umyć i wyprać rzeczy. Mam dwa komplety odzieży kolarskiej, strój kąpielowy, sukienkę i elegancki dresik. Do tego odzież przeciwdeszczowa i ciepła bluza. Z fanaberii: mini komputer (ja jednak cały czas pracuję) i czytnik ebooków (w końcu to moje wakacje). Więcej do szczęścia mi nie trzeba.

Sakwy:
Tym razem postawiłam na Tailfina, Topeak i Apidurę. Głównie z powodu nieprzemakalności i wygody.

Rower:
Specialized Tarmac Pro – wiele osób pyta mnie na cholerę mi taki rower na długie dystanse. 😀 Odpowiedź jest prosta: Dupa mnie na nim nie boli i jest szybki 😀 Geometria jest zwyczajnie dla mnie idealna 😀 Trochę boję się tylko stożków 😀