Pierścień tysiąca jezior bardzo subiektywnie, po alowemu 1

Do tej pory się zastanawiam dlaczego ja to pojechałam… 😀

Bo Radek (treneiro) mi kazał… No to jak kazał, to pojechałam… 😀

Najpierw dla lajkoników małe wytłumaczenie co to jest ten Pierścień Tysiąca Jezior ( ja się dopiero całkiem niedawno dowiedziałam o tej imprezie). Otóż… jest to ultramaraton rowerowy, kórego trasa prowadzi przez naszą piękną Krainę Wielkich Jezior. Trasa ma 614 km i naprawdę sporą ilością przewyższeń (mi na budziku wyskoczyło ponad 4000 m). Pomyślałam sobie: no w sumie spoko… nie ma źle….dam radę…

Cóż…. Powiem wam uczciwie, że to jedna z trudniejszych rzeczy jakie w życiu zrobiłam… Nie na darmo w środowisku ma opinię jednego z najtrudniejszych wyścigów w naszym kraju.

Pierścień tysiąca jezior bardzo subiektywnie, po alowemu 2

Po pierwsze nasze Mazury to taka Francja. Non stop w górę i w dół. Non stop… Po drugie jak nie wieje wam w twarz, to możecie być pewni, że wiać będzie z boku (dzień dobry stożki moje kochane…). Po trzecie i najważniejsze na tej trasie przed Sejnami zaczynają się jakieś mega dziury… Podobną jakość dróg widziałam tylko w Czechach póki co… Naprawdę się cieszę, że mieszkam w jakimś cudownym regione, gdzie asfalty są naprawdę super jakości w porównaniu z pięknymi skąd inąd Mazurami.

Ten maraton znacząco różnił się od tych wyścigów, w których do tej pory startowałam. Mino jazdy w kategorii solo (macie tu dwie kategorie: open i solo) z takim prawdziwym self-supported to nie ma nic wspólnego. Na trasie było 7 punktów żywieniowych. Niemal co 80 km zawodnik znajdował ciepły posiłek, kawę, herbatę, a nawet batony i odżywki białkowe… No spa, normalnie spa jakieś… 😀 Po drodze także można zrobić tak zwany przepak. Oznacza to, że do konkretnego punktu na trasie organizator dostarcza Wasze rzeczy np. do przebrania, czy co tam potrzebujecie. Tu od razu Wam powiem, ze trener pozwolił mi popełnić ten błąd (zupełnie świadomie) i wiozłam wszystko ze sobą, bo wydawało mi się, że za diabła nie zdążę przed zmrokiem przejechać 270 km. Okazało się jednak, że jestem szybsza niż byłam w zeszłym roku (dobra opieka trenerska i odrobina samozaparcie oraz przeproszenie się z trenażerem zrobiły swoje) i nietrzebnie tachałam tą sakwę ze sobą. Nie róbcie tego nigdy na tego typu zawodach. 😀 Ja nie zrobię na pewno! Prawda jest taka, że nie potrzebujecie mieć ze sobą oprócz narzędzi absolutnie nic. 😀 Pogoda była ok, więc wieczorem wystarczyło na punkcie przepakowym włożyć ciepłe rzeczy i śmiagać dalej. No ale nic… Ja sobie lubię utrudniać, ale to już wszyscy wiemy… 😀

Pierścień tysiąca jezior bardzo subiektywnie, po alowemu 3
Ostatnie trenerskie rady przed startem 🙂

Czym się różni kategoria open od solo? W open możecie jeździć na tzw. kole, czyli wolno sobie pomagać, gadać po drodze itp. Tu zawodnicy często układają się wręcz w teamy. Taka jazda jest znacznie prostsza. Raz Ty komuś na kole, raz ktoś Tobie i się dzielnie kulacie. 🙂 Jazda solo polega zwyczajnie na samotnej jeździe. Nie wolno wam przyjąć pomocy od innych zawodników. Trzymacie się także od nich w odległości minimum 100 m. Ja lubię taką jazdę, ale trzeba pamiętać, że tu głowa może siąść bardziej. Tak też stało się u mnie. Mieliśmy czas zaplanowany około 27 h na zrobienie tej trasy przez mnie. Niestety po wybiciu barku przed Sejnami (nastawiony niemal od razu, historia roku 2020 w wykonaniu Ali, przecież nie może być normalnie) głowa mi na tych mazurskich dziurach siadła. Pomijam fakt bólu (ale od czego mamy Ketonal). No i tak mniej więcej do połowy szło jak po maśle. Byłam w ustalonych godzinach tam gdzie miałam się znaleźć. Za tymi diabelnym Sejnami zaś zaczął się koszmar. 😀 Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Jedyne co w nocy trzyma was w ryzach to mrugające w oddali światła innych zawodników i nadzieja, że wam nie spierdzielą. 😀 Samemu jest po prostu źle to jechać. A te mrugające lampki to taki psychiczny ratunek. Więc cisnęłam, żeby ich nie zgubić, co zostało zauważone przez treneiro (ja myślałam, że się po tej krajówce toczę jak walec, a tu proszę, nie było tak źle). Kolejny koszmarek to jazda nocą przez Wigrzyński Park Narodowy. Normalnie ryczałam jak ten bóbr z pobliskich lasów… Dziury jak na księżycu, jakieś chore remonty kanalizacji…. nosz trzymajcie mnie… Wytrzepało mną jak workiem ziamniaków. Morale siadło mi jak diabli… Myślę sobie: byle do Giżycka… A tu proszę Państwa, kurna chata, za Giżyckiem czekało mnie najdłuższe 130 km w moim życiu…. Jak bozię kocham… 130 km po dziurskach z makabrycznym wiatrem w ryj… Nie napiszę wam jak długo jechałam te 130 km bo to wstyd!. 😀 Nie do opisania…. i opisywać Wam tego nie będę. Polecam przeżyć. Przeżyjecie Pierścień, to chyba przeżyjecie już wszystko… 😀

Czy było warto? Owszem, było! Popełniłam znów masę błędów, ale z każdym kolejnym startem jest ich coraz mniej, co daje mi nadzieję, ze jeszcze będzie ze mnie ultraska. 😀 Nie sądzę jednak, żebym się kiedyś pojawiła jeszcze na starcie tego cuda. Ja tam pagórków jednak nie lubię. Wiedziałam to już w zeszłym roku po przejechaniu Francji, tu tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Jestem laska z gór i tyle. Niemniej jednak naprawdę gorąco polecam każdemu przeżycie tego samemu. Kiedy pojedziecie rowerem samotnie w okolicach Trójstyku Granic nabierzecie świadomości takiej prawdziwej ciszy, niemal w naszym kraju nie spotykanej… na swojej drodze spotkacie cudownych ludzi, których otwartość was na pewno zaskoczy, a krajobrazy, które zobaczycie zostaną z Wami na zawsze. Na takim zmęczeniu zupełnie inaczej odbiera się bodźce, dużo intensywiej, pełniej… Tak więc warto było! Oj warto!

P.S. Jak nie zapakować na maraton tego typu? Nijak… Rower, dobre oświetlenie, parę żeli, jak nie macie dynama to powerbank. Ciepłe rzeczy na przepak (a jak zimno to od razu na siebie) i jazda! Nie ma się co zastanawiać. 😀 Żadnych śpiworów proszę nie pakować. 😀

P.S.2 Zdjęć nie ma. Nie zrobiłam ani jednego… 😀 Za te dziękuję Annie M. 😀