Piękny Zachód 1

Piękny Zachód…

Z tym piękny, to ja nie wiem czy się zgadzam… 😉

Miałam być na Korsyce, ale organizatorzy Biking Man nie należą do ludzi poważnych. Najpierw dwukrotnie start były przesunięty z powodu Covid (co jest całkowicie zrozumiałe), ale teraz wpadli na pomysł jazdy z godziną policyjną (9 h), która nadal we Francji obowiązuje. Razem z trenerem zdecydowaliśmy, że niestety dla nas to nie jest rozwiązanie, bo po pierwsze to żadne ultra, po drugie infrastruktura hotelowa na trasie wyznaczonej przez organizatorów po prostu jest marna. Od razu Wam napiszę, że nie warto u nich wydawać pieniędzy. Prowadzą tą organizację ludzie średnio sympatyczni. Straciliśmy pieniądze, bez możliwości przeniesienia startu. Ja na pewno nie zdecyduję się na start w tym cyklu.

I tak wybór padł na nasz Piękny Zachód i sprawdzenie po zimowych treningach moich możliwości na dystansie 550 km. Jak poszło? Nie najgorzej. Ale też mogło być lepiej. 😀 Ultra to ultra. Zawsze niestety popełni się na zmęczeniu parę błędów.

Start tego maratonu zaliczacie w cudnym miejscu – Niesulicach. Piękna miejscowość położona nad Jeziorem Niesłysz. Gorąco wam polecam, choć może nie w szczycie sezonu turystycznego jeśli lubicie ciszę i spokój. Wystartowałam w ostatniej grupie solo o 9:25 w sobotę, za nami już puszczali tylko konie ze startami opóźnianymi co dwie minuty. To było naprawdę dobre. Bo wiedziałam, że nie będę mijać zbyt wielu kropek, że będę jechać sama. Dla mnie to duży komfort psychiczny. Tak też się stało. Moja grupa rozjechała się już na pierwszych 10 km. Dumna byłam, że trener Radek, który jechał 5 minut po mnie dojechał mnie dopiero na 30 km. 😉

Pierwsze 170 km Pięknego Zachodu nie należało do super przyjemnych. Jest dość płasko, ale jakby troszkę cały czas pod górkę. Czyli całkiem nie pode mnie. W dużym ruchu samochodowym, w końcu to długi weekend. Do tego naprawdę zaskoczyła mnie ilość tirów w sobotę na tych drogach. Była ich masa. Jak się jeździ z tirami opisywać Wam raczej nie trzeba. Na punktach spędzałam dosłownie tyle czasu, ile wystarczało, żeby podbić kartę i nalać wody do bidonu. Aaaa… i widziałam w końcu Jezusa w Świebodzinie od przodu. 😉

Niestety po zjechaniu z większej drogi, zaczynają nie dziury… Dziury w ilości dużej… naprawdę dużej. 😀 Ja nie wiem po co ja się pcham cały czas w to dolnośląskie… Tam jest dramatycznie źle drogowo. My, na Śląsku, nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich ekscesów. 😀 U nas naprawdę jakość dróg jest dobra. Za każdym razem jak wracam z dolnośląskiego, obiecuję sobie, że więcej tam nie pojadę. Do tego trak wyprowadził nas na czyjąś prywatną posesję na 220 km. 😀 Troszkę mnie to wybiło z rytmu. Szybko jednak znalazłam objazd i wróciłam na właściwą trasę. Tak dojechałam do 280 km i punktu przepakowego w Jarkowicach. Generalnie do tego punktu miałam zapas niemal 50 minutowy względem wypracowanego z trenerem planu. Na poprzednich punktach mijałam sporo kropek. Wiedziałam, że idzie mi nieźle. Miałam fajną średnią i sobie cisnęłam swoje. Na punkcie w Jarkowicach ubrałam się w ciepłe rzeczy i ruszyłam w noc. Przed mną znalazły się trzy owiane legendą podjazdy. Czemu takie legendarne to nie wiem, może dlatego, że dla mnie góry to codzienność.. Podjazdy jak podjazdy. Kowary to naprawdę przyjemny podjazd i zjazd, bardzo lubię tą przełęcz. Karpacz się ciągnie i idzie przez jakieś Krupówki dolnośląskie (nie jest fajny i wieczorem pełen ludzi w ferworze walki z kieliszkiem, więc na drodze jest dość nieprzewidywalnie – prawie wjechałam w pana, który był już bardzo zmęczony alkoholem 😉 ), zjazd po dziurskach – trudny technicznie, mało przyjemny. Szklarska Poręba zaczyna się ścianą, potem już idzie fajnie, a za Szklarską to już jakiś zjazd marzenie, chyba tego wyszło koło 40 km. I gdyby było jasno i ciepło, to wszystko było by spoko… Ale nie było… temperatura w nocy w górach spadła do 4-6 stopni… W dzień było 27-28… A ja się jak zwykle za słabo ubrałam, co jest karygodne, bo wiem już jak mało jestem odporna na zimno, a tu znów klops. Znów ten sam błąd. I tak do kolejnego punktu na 370 km w Kościelnikach Górnych dojechałam w stanie opłakanym. Przemarznięta na wskroś. Animuszu brak… Zjeżdżałam naprawdę wolno, bo było mi okrutnie zimno. Dostałam w tyłek. Nie wiem, kto miał dyżur na tym punkcie, ale bardzo temu miłemu chłopakowi dziękuję. Zjadłam talerz zupy, który mi nalał, bo się trzęsłam jak osika i nie byłam w stanie zrobić tego sama – self supported umarło. 😉 . Generalnie, to był jedyny posiłek na punkcie, który wszamałam. Całość jechałam na przygotowanych żelach i żelkach i dwóch bananach. To był akurat świetny pomysł. Czułam się po nich świetnie. Lekko, ale energicznie. Tego się będę trzymać. To kolejne doświadczenie, które zapunktuje na kolejnych wyścigach. Dalej było już wolniej… Z powodu zbyt dużej straty energii na docieplenie organizm nie chciał już super współpracować. Dopadły mnie dwa przystankowe kryzysy. Musiałam po prostu na chwilkę przymknąć oczy. Z zimna się trzęsłam. Nie było za fajnie.

A potem zaczęło wychodzić słońce i… tym razem to był zły znak. 😀 Zaczęło palić niemiłosiernie, wiatru nie było. Po prostu koło 10:00 czułam jak pali mi ręce. Tutaj mam dla was dobrą radę. Filtr rzecz ważna na początku sezonu… Ja wzięłam z domu dobry nawet, ale otwarty rok i przypłaciłam to poparzeniami, które wykluczyły mnie z treningów na cały tydzień po Pięknym Zachodzie. Filtr to rzecz, w którą trzeba zainwestować, żeby nie złaził z potem. Generalnie polecam Sesderma Touch Dry. Sprawdził się w Hiszpanii – zero poparzeń. Ale jeśli filtr jest otwarty parę miesięcy to na ultra w upale go nie zabierajcie raczej. 🙂

Rano zrozumiałam, gdzie leży trudność tego wyścigu tak naprawdę. Końcówka to koszmar. Niekończące się proste po asfalcie z dziurami wielkości kraterów na księżycu. Do tego auta mijające cię ze stówką na budziku. Nam dołożyło jakimś chorym upałem. Cieszę, się generalnie, że dojechałam, bo przyznaję, że mega kryzys mnie dopadł na ostatniej, naprawdę długiej prostej od Krosna Odrzańskiego (piękna miejscowość) do Świebodzina. Darłam się w na te dziury jak powalona! Kierowcy nie pomagali. Paliło mi ręce. Wlokłam się. I wtedy dojechałam do znajomego punktu. Czerwonego domku. 😀 Znałam go z moich odwiedzin na Pięknym Zachodzie 300 km, który jechały wcześniej dziewczyny z Babskiej Korby. I poszedł ogień. 😀 Okazało się, ze po 540 km stać mnie na to, żeby depnąć w korbę 250 watów. 😀 Tak bardzo chciałam już być na mecie!

Meta. Pierwsza taka w moim życiu. Przypłacona lekkim udarem. Poparzeniami słonecznymi drugiego stopnia. Dwa dni browara wypić nie mogłam – prawdziwy dramat… 😉 Leczę rany do dzisiaj. Ale i tak było warto! Na mecie dowiedziałam się, że jestem pierwsza solo wśród kobiet.

Czas brutto 25 h i 45 minut. Nad drugą kobietą w klasyfikacji solo miałam ponad 3 h przewagi. Za mną kolejne doświadczenie, przede mną kolejne treningi i masa rzeczy do poprawy. 🙂

Specialized Aethos się sprawdził mega, jeśli jednak jesteście początkujący to u nas, na nasze turbo dziurawe polskie drogi, polecę bardziej Roubaix lub Diverge. Rowery bez amortyzacji rączek to raczej na piekne drogi Hiszpani polecam. 😀 Tam też czeka mnie kolejne wyzwanie… Tym razem sprawa dosłownie wielka. Transiberica i trasa około 3500 km.

Przetestowałam też jedną spoko rzecz i mogę Wam szczerze polecić. Skarpety merino z podeszwą z primaloft. Naprawdę mega opcja. Nie marzły mi stopy od bloków. Zakochałam się w tym rozwiązaniu. No i nie śmierdzą jak klasyczne. 😀

P.S. Wracam do dynama. Spróbowałam bez i to jest całkiem bez sensu na ultra. Dynamo jest jednak doskonałym rozwiązaniem, przy którym nie musicie nie martwić, że skończy się Wam prąd. 😀 Tu się cały czas stresowałam. 😀