Piękny początek i zapowiedź wielkiej katastrofy... 1

Zaczęło się cudownie. Po pięknym, ale też dość stresującym 10-kilometrowym początku w chmarze ludzi, przyjęłam swoje tempo. Nie za szybkie, ale stabilne. Nigdy na rowerze nie będę demonem prędkości i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale potrafię utrzymać stałe tempo przez bardzo długi okres czasu i to moja zaleta. Zresztą czołówka wyścigu to raczej nie był mój cel w tym roku. 😉

Piękny początek i zapowiedź wielkiej katastrofy... 2
Polacy na stracie TCRNo7. Było nas całkiem sporo w tym roku… 🙂 Pięciu chłopa i jedna Ala… 😀

Niemal od razu po stracie w Burgas wjechaliśmy na pierwszy parcour, który okazał się być na początku dość długim gravelowym odcinkiem. Już ten moment pokazał, ze wyścig będzie całkiem inny od poprzedniej edycji. Tu zaczęły się wśród zawodników pierwsze masowe zmiany dętek, krzywienie tarcz hamulcowych, pierwsze bolesne gleby. Co chwilkę spotykałam kogoś grzebiącego przy swoim rowerze. Zadziwiający był wybór sporej grupy osób, które widziałam na oponach w rozmiarze 25… Dla mnie jednak ten fragment był niesamowicie łaskawy. Wtedy już wiedziałam, ze wybór tego roweru to była absolutnie doskonała decyzja. Dla Roubaix nie ma znaczenia, czy to gravel, czy szosa, da radę wszędzie, a wolne to to nie jest. Nie wytrzepało mną jak workiem kartofli, więc byłam szczęśliwa i pojechałam dalej z bananem na pyszczku.

Następnie w miejscowości Gradets zaczęła się prawdziwa zabawa… Pierwsze góry, które miały sprawić, że dokona się pierwsza selekcja zawodników. Tak też się stało. Upał nie do zniesienia i wczesne godziny po południowe sprawiały, że człowiekowi brakowało sił. Już w pierwszy dzień ludzie rezygnowali z dalszej jazdy z powodu upału. Bułgaria to jednak taki cudowny kraj, w którym wszędzie napotkacie na źródełka z pitną wodą! To niesamowite. Mam wrażenie, że całą Bułgarię przejechałam od źródełka do źródełka, napełniając bidony i polewając czapeczkę zimną wodą. Już w Bułgarii, cały czas mijałyśmy się z Nicole Krauss, która potem okazała się być kimś więcej niż tylko kolejnym napotkanym zawodnikiem po drodze.

Po pięknym zjeździe do miejscowości Sliven czas był ruszyć ku pierwszemu wielkiem wyzwaniu. Drogą krajową, dość ruchliwą i z tirami (kierowcy w Bułgarii jednak są naprawdę turbo mili) dotarłam do Kazahlaku, by około 21:00 zacząć się wspinać na absolutnie odjazdową górę i zaliczyć CP1 – czyli pomnik Buzludzha na górze Hadji Dimitar (1441 m n.p.m). Ten symbol socjalizmu w Bułgarii robi niesamowite wrażenie nawet nocą… Jest ogromny i … przeraźliwie betonowy… Samą drogę pięknymi serpentynami na szczyt zapamiętam do końca życia… Tam pierwszy raz widziałam tak piękne niebo nocą. Niezaśmiecone latarniami miast i wsi… Coś absolutnie obłędnego… No i płakałam tam pierwszy raz… ze szczęścia. Zdobywszy ten szczyt zjechałam do CP1 i odebrałam pierwszą pieczątkę w karcie wyścigu. Byłam z siebie bardzo dumna, w końcu dojechałam tam ze sporym zapasem godzinowym. Na CP1 po raz kolejny spotkałam Nicole. 😀 Razem z kilkoma zawodnikami rozpoczęliśmy zjazd do w dół, by u podnóża kolejnej góry nieco odpocząć. Tu po raz pierwszy zabolało mnie kolano… Po 4 godzinach snu ruszyłam zdobyć pomnik Shipka… To był naprawdę długi i piękny podjazd. Po drodze w lokalnej karczmie zjadłam obiad z kilkoma innymi zawodnikami, którzy już po tym jednym dniu opowiadali sobie nawzajem o całej masie przygód. To jednak, co działo się na samej górze wydawało się być niewyobrażalnym… Takiego wiatru nie widziałam nigdzie… Rower musiałam prowadzić, bo miotało mną jak szatan. Na górze wyrwało mi go z rąk i jakiś miły autochton biegł po niego parę metrów. 😀 I to, moi mili, była zapowiedź pięknej katastrofy. Szybko zwinęłam się z tego cudnego miejsca i w towarzystwie jednego z najpiękniejszych zachodów słońca w moim życiu pomknęłam w dół. No i stało się… Kolano zabolało tak, że popłakałam się po raz drugi… niestety z bólu. Zaczęło się niestety szukanie lekarza, co w końcu się udało. Diagnoza: naciągnięte więzadła… Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej w ten sposób:

  • Nigdzie Pani dalej nie pojedzie!
  • Pojadę!
  • Nie pojedzie Pani!
  • Pojadę!

Pojechałam. W końcu jestem uparta i nikt ze mną nie wygra pod tym względem. 😀 Dostałam silne leki przeciwzapalne i przeciwbólowe – diklofenak – i ruszyłam dalej. Lekko nie było niestety… Straciłam sporo czasu i trzeba było gonić, a uszkodzone kolano nie pomagało za diabła w tej pogoni…

W końcu dojechałam do Sofii i przejazdu przez to miasto dobrze wspominać nie będę… Ruch straszliwy, droga trzypasmowa… kolano nadal boli… Jechałam schowana za śmierdzącą koparką, bałam się jak cholera. Dwie godziny… Uff… Udało się… Jestem poza miastem…. Teraz trzeba się dostać tylko do granicy bułgarsko-serbskiej… I tu spotkałam znów Nicole… Nasze rodziny zaczęły się śmiać, że powinnyśmy były wystartować w parze…. Przez dwa dni mijałyśmy się kilkanaście razy. 😀 Do granicy ruszyłyśmy razem miło sobie gawędząc. 😀 Zaraz za granicą około 22:00 zaczęło się zdobywanie CP2… Ten moment zasługuje na osobną opowieść… To tam nastąpiła wielka katastrofa…