Pętęlka Beskidzka - wersja lutowa 1

Mieszkam w absolutnie cudownym miejscu. Bielsko-Biała może w ostatnich latach straciło swój status miasta ważnego turystycznie, ale to zaczyna się nam tutaj zmieniać. To miasto daje tyle możliwości kolarskich, że trudno o drugie takie. Gdziekolwiek się nie ruszycie tam zastaniecie kolarski raj. 🙂 Chcesz płasko – nie ma sprawy, chcesz góry – proszę bardzo, enduro? – nic prostszego 🙂 A wieczorkiem to i koncercik się trafi, i dobry lokal na chillout, dobrą sztukę zobaczysz w teatrze, w lecie nad jezioro wyskoczysz… No żyć, nie umierać. 🙂

Dziś o górach i trasie, którą każdy szanujący się kolarz powinien „zaliczyć”.

Pętęlka Beskidzka - wersja lutowa 2
Laliki. Nie, nie powaliłam haniebnie tego krzaczka. Juz tak leżał… 🙂

To moja ukochana trasa. Wymagająca. Za każdym razem jednak kiedy zjeżdżam z niej do domu mam poczucie doskonale wykorzystanych paru godzin. Jest na niej wszystko. Są fragmenty, gdzie cisza dzwoni Ci w uszach, są i takie, gdzie asfalt nie do końca jest idealny, są widoki zapierające dech w piersiach o każdej porze roku, jest walka ze słabościami i euforia, że znów się udało. Zawsze jest ciekawie i emocjonująco. Nieważne czy jedziesz sam, czy w grupie. Koniaków, Istebna, Wisła, Szczyrk napoją Cie gorącą kawą kiedy zmarzną Ci stopy i ukoją skołatane po podjeździe serducho. 🙂

Ja zwykle pokonuję tą trasę odwrotnie niż większość kolarzy. Jadę przez Buczkowice, Węgierską Górkę, na Milówkę i potem na Wisłę, przez Koniaków i Istebną. Dlaczego? Nie wiem… Chyba dlatego, że zawsze idę pod prąd. 😉

Dziś postanowiłam sprawdzić zimowy stan dróg na trasie i uprzejmie donoszę, że są w idealnej kondycji. Po zmroku nie polecam o tej porze roku, bo zuchwały lód może pokrzyżować Wam plany, ale w dzień to bajka 🙂 Zero lodu, drogi utrzymane perfekcyjnie, od czasu do czasu lekko mokro, ale ja to się lubię lekko umorusać. 🙂 Polecam jednak butki zimowe, bo moje stopy po tych 113 km długo grzały się w wannie. 😉

Pętęlka Beskidzka - wersja lutowa 3
Pamiętajcie by w lutym odziać stopy w zimowe butki. 🙂

Trasę zaczynamy łagodnymi pagórkami w Buczkowicach, potem Lipowa, Twardorzeczka. Następnie wyskakujemy na jeden, jedyny kawałek, który prowadzi krajówką, więc jest tam średnio przyjemnie, ale już w Milówce zaczynamy podjazdowy raj. Ciśniemy podjazd do Koniakowa. Bywa tu różnie, po zimie miejscami sporo dziur, jest i kawałek podjazdu kocimi łbami, ale od Koniakowa zaczyna się piękny zjazd świeżo wyremontowaną drogą – marzenie po prostu. 🙂 W Istebnej czeka nas mocny podjazd do Andziołówki, a stąd jest już kamieniem dorzucić na Kubalonkę. Do tego miejsca mam szczególny sentyment. Tu wychowywał się mój Tata. Wiele raz słyszałam opowieści „rodem z Kubalonki”. 😀 Zawsze zatrzymuję się w tym miejscu i łapię oddech, jest dla mnie magiczne. 🙂 Następnie zaczynamy płynny zjazd serpentynami w stronę centrum Wisły – to etap marzenie 🙂 W Wiśle odbijamy na Szczyrk, by znów zacząć się wspinać na Biały Krzyż. Uwielbiam ten podjazd, kojarzy mi się z Alpami. Piękny, równy asfalt, serpentyny. Brawo Wisła! Niestety ostatnia część podróży to aktualnie dramat. Szczyrk ma jakiś problem ze swoimi drogami i zjazd do centrum wymaga sporo nakładu sił fizycznych i psychicznych, by „przetrwać” te dziurska. A są one OGROMNE. Śmieszne jest to uczucie na Białym Krzyżu… Podjeżdżasz, podjeżdżasz… i nagle zmienia się asfalt… wtedy wiesz już, że jesteś w Szczyrku. 😀 Należy mieć nadzieję, ze Szczyrk się w końcu ogarnie, ale ta moja nadzieja ma już tyle lat, że zaczynam wątpić 😉 Niemniej jednak ta rysa szybko idzie w niepamięć, bo na dole zimą jest zawsze cieplej. 😀 Ze Szczyrku pędzisz już tylko z powrotem do Buczkowic, by za kilkanaście minut znaleźć się w wannie i ogrzać stopy, niefortunnie wsadzone dziś w letnie butki. 😀

Cała trasa ma 113 km i 1774 przewyższenia, czym osobiście, mocno się jaram. 😀 Bo ja lubię do góry, bardzo lubię do góry… 😀