The Transcontinental Race No7 - Nauka przyjmowania z pokorą ciosów na klatę... 1

Czas na ogólne wrażenia. 🙂 Później postaram się odtworzyć Wam całą trasę tegorocznego The Transcontinental Race. Od dwóch tygodni jestem już w domu, odrobinę ochłonęłam, odespałam, odpłakałam. Aktualnie zaczynam szukać dobrego rehabilitanta, który doprowadzi mnie do ładu po tej eskapadzie. 😉

Na starcie w Burgas w Bułgarii byłam w tym roku zadziwiająco spokojna. Był ze mną Marek, zagospodarowaliśmy swój czas zwiedzaniem i próbowaniem bułgarskiej kuchni. To było kompletne przeciwieństwo zeszłego roku, kiedy nerwy mnie zjadły całkowicie i do końca. W tym roku wiedziałam na co mnie stać i ciężko trenowałam cały rok, by móc dać z siebie wszystko na tegorocznej edycji. I dałam, choć poziom rzucania mi kłód pod nogi przez los przerósł moje najśmielsze oczekiwania…

The Transcontinental Race No7 - Nauka przyjmowania z pokorą ciosów na klatę... 2
Polska ekipa na starcie… W tym roku była mocna jak diabli. Jestem dumna z chłopaków niesamowicie!

Ale, ale… od początku. Po dwóch dniach laby i kąpania się w najcieplejszym chyba morzu tego świata, przyszedł czas na rejestrację. Ta, w tym roku, wyglądała kompletnie inaczej niż w zeszłym. Było więcej luzu, mniej nerwów i formalności. Kontrola techniczna była wręcz symboliczna, wszystko odbywało się w namiotach. Spotkanie organizacyjne bez patosu, krótkie, piknikowe, na trawce w przepięknym nadmorskim parku w Burgas. Czyli generalnie było zdecydowanie mniej stresowo niż w zeszłym roku. Niemniej jednak w ten dzień trzy razy (TRZY RAZY) zmieniałam dętkę… SERIO! Cały wszechświat starał mi się chyba powiedzieć: Alina! W tym roku masz przechlapane! 😀

Start po raz pierwszy w historii wyścigu odbywał się o 6:00 rano. To ogromna zmiana. Do tej pory zawodnicy startowali o 22:00 na noc. Chyba wszyscy tą korektą byli zachwyceni, bo start w nocy od razu wymaga całkowitego przestawienia się na zupełnie inny styl jazdy, niż ten, do którego większość z nas jest przyzwyczajona. Wstałam więc o 4:00, sprawdziłam stan techniczny roweru oraz bagaże po raz ostatni, wzięłam prysznic i ruszyliśmy na start. Marek wspierał mnie do samego końca, dzięki niemu też mamy te zdjęcia ze startu. Punktualnie o 6:00, wraz z dźwiękiem ponad 200 rowerowych dzwonków, ruszyliśmy w eskorcie policji, przez pierwsze 10 km naszej przygody – inaczej tego nie nazwę. To była ogromna przygoda! Teraz to wiem, choć moje nastawienie na początku było kompletnie inne. Po drodze jednak musiało się zmienić i na tym polegała dla mnie największa trudność tegorocznej edycji. 🙂

The Transcontinental Race No7 - Nauka przyjmowania z pokorą ciosów na klatę... 7
Chwila przed startem… zaraz zadzwonią wszystkie dzwonki i ruszymy ku wielkiej przygodzie… 🙂

Dlaczego? Po pięknym pierwszym dniu i zdobyciu CP1 na 9 h przed jego zamknięciem przyszedł czas na dzień drugi… Kolano… Naciągnięte więzadła w prawej nodze po solidnej glebie… Wizyta u lekarza… I koniec marzeń o szybkiej jeździe… Dostałam wręcz zakaz jazdy, ale popatrzyłam na pana doktora wzrokiem: Proszę Pana, to się nie wydarzy i… dostałam paczkę diklofenaku. 😀 Potem, trzeciego dnia, jazda (wpychanie roweru przez około 30 km) nocą w bardzo trudnych warunkach pogodowych (permanentna ulewa, wiatr i bardzo niska temperatura) na niemal 2000 m n.p.m (Besna Kobila) i… spóźnienie na CP2 o 7 minut… Te 7 minut psychicznie mnie pogrzebało. Pocieszała mnie nawet główna organizatorka Anna Haslock, ale tu nie ma zmiłuj. To TCR. I to było koniec marzeń o generalce… I ogromna lekcja pokory! OGROMNA! Byłam krok od rezygnacji, przecież przyjechałam tu po to, by zmieścić się w moich upragnionych 16 dniach i niestety tam właśnie wysiadłam psychicznie. Coś takiego naprawdę potrafi załamać… Po całonocnej rzezi na tej cholernej górze… 7 minut… to naprawdę bolało…

Pozbierałam się jednak dzięki Nicole, która ze mną wtedy spędziła tę koszmarną noc w Serbii na Besnej Kobile. Także mama, tata i mój mój mąż bardzo mi pomogli, mama głównie krzycząc na mnie… he he… ale ona dobrze mnie zna i wiedziała, że dokładnie to było mi potrzebne. Solidny ochrzan za tą załamkę tak naprawdę postawił mnie na nogi… Co nie znaczy, że potem było jakoś specjalnie lepiej. Los sobie w tym roku ze mnie złośliwie zakpił… 🙂

W następnych wpisach postaram się Wam opisać tą niesamowitą przygodę. Jedno jest pewne. Na pewno nigdy jej nie zapomnę. To co zobaczyłam, przeżyłam zostanie ze mną na zawsze… I choć nie było dnia, żebym nie przeklinała, to z perspektywy czasu zaczynam uważać, że nic lepszego w życiu nie mogło mnie spotkać. Jak powiedział mi w tym roku Marek: „Fajnie się potem opwiada i wspomina, ale najpierw trzeba to przeżyć”. Przeżyłam…