Biwakowanie zimą dla zmarzluchów 1

Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że będę nocować w sylwestra przy -5 stopniach w lesie, to bym go raczej wyśmiała, a raczej wręcz wyrechotała. Kryzys wieku średniego dopada jednak każdego. 😉 Niektórzy kupują sobie wypasione fury, inni próbują dziwnych rzeczy w życiu. 😉

No dobra… chyba jednak nie o to tu chodzi. 😉 Jestem zmarzluchem, takim ekstremalnym, co na wyścigach rowerowych ultra daje mi mocno popalić. Mi morale najbardziej spada wtedy jak jest zimno, więc postanowiłam to zimno zacząć oswajać, zwiększyć swoją wytrzymałość na nie. Nie jestem doświadczonym biwakowiczem. Na ultra raczej śpię na przystankach i w rowach, w plusowych temperaturach, ale do tego biwaku dobrze przygotowałam się merytorycznie, dzięki czemu nie popełniłam wielu błędów i wiem jak poprawić to zimowe biwakowanie dla zmarzluchów. Także się podzielę doświadczeniem, a co mi tam. Może ktoś z Was przeczyta to i pomyśli: „E, jak taka Ala dała radę, to ja też spróbuję”. Według mnie spróbować warto. Ja już szykuję się do kolejnych prób.

Skąd pomysł? Jest taka idea od bikepacking… #goodnight2020campout. Spodobała mi się, a że posiadam cudownych znajomych, którzy są dla mnie turbo inspiracją (Maria i Rafał z Lesovik, Coffee Tea Trip) nie pozostało mi nic innego, jak zapytać ich jak to zrobić. Do tego dużo siedziałam na blogach buszkraftowych (uwierzcie mi, rozpalenie ogniska jak jest bardzo mokro to nie lada wyczyn) i tak 31 grudnia ruszyłam z Markiem na podbój lasu.

Zacznę od tego, że bardzo chciałam pojechać rowerem gdzieś dalej, ale zostało mi to wybite z głowy. I słusznie. na pierwszy nocleg w lesie zimą należy wybrać miejsce z prostą drogą ewakuacji, czyli w praktyce najlepiej mieć gdzieś dość blisko zaparkowane auto. Nie wiadomo, czy zimowe nocowanie nam się spodoba, a jeśli nie to szybko wtedy pakujemy rzeczy i wracamy do ciepłego domku. 🙂 Pierwsza noc do najłatwiejszych bowiem nie należy. Możecie mieć kłopot z zaśnięciem, możecie za bardzo zmarznąć, może wam się nie udać rozpalić ogniska… itp. Ja miałam jakieś koszmary dotyczące dzików, które na bank chciały mnie wykończyć w tym lesie. Tak się bałam tych dzików, że zapomniałam, że wilka też można u nas spotkać. 😉

Co ze sobą zabrać? Przede wszystkim sprzęt do spania. Na pierwszą noc my zdecydowaliśmy się na hamaki, tarpy i otule od zaprzyjaźnionych leśnych ludków z firmy Lesovik. Zachwalać ich wam już nie będę. Jeżdżę ze sprzętem tej firmy od samego początku i spełnia wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej. Wybraliśmy zimowe otule, tarpy heksa i zabraliśmy nasze ukochane hamaczki. Warto wspomnieć o tym, że najbardziej zalecanym przez Lasy Państwowe sposobem sypiania w lesie jest właśnie hamak. Nie uszkadzacie wtedy runa leśnego. Niemniej jednak namiot rozsądnie rozłożony także może być (namiotu próbujemy już wkrótce). Myślę, że namiot sprawdzi się też w wyższych partiach gór, gdzie drzew jest po prostu mniej. Rozłożyć rzeczy fajnie jak jeszcze jest widno. To znacząco ułatwia sprawę. Podobnie rzecz ma się z nazbieraniem drewna na ognisko. Ogniska w Polsce można rozpalać w miejscach do tego wyznaczonych, mapę znajdziecie na stronach Lasów Państwowych. Generalnie biwakowanie w lesie w Polsce to także ciężka sprawa, ale mamy w Polsce buszkraftowy pilotaż i są miejsca specjalnie do tego wyznaczone (http://www.lasy.gov.pl/pl/turystyka/pilotaz-bushcraft-i-survival). Naprawdę można to wszystko pochwytać jakoś. 🙂 Nam się udało. 🙂 Zapraszamy Was w okolice Bielska-Białej, gdzie takie tereny są aż dwa.

Czas na śpiwór. Śpiwór to ważna sprawa! Jeśli jesteście zmarzluchami to wybieracie zimowy śpiwór, przystosowany do tego typu temperatur. Ja popełniłam tu drobny błąd. Na mój było ciut za zimno. Jak wróciłam do domu od razu dokonałam zakupu cieplejszego. 😉 Możecie włożyć także jeden letni śpiwór w drugi – tą metodę zastosował Marek i się bardzo sprawdziła. A teraz hit. Zarówno Marek, jak i ja narzekaliśmy na zimno w stopy (mi ten chłód nie dawał zasnąć wręcz). Posiadaliśmy po dwie pary wełnianych skarpet (tu polecam, zarówno na rower jak i na biwak, prawdziwe wełniane, gryzące skarpety :)), ogrzewacze chemiczne, a i tak zimno w stopy było. Dlatego turbo zmarzluchom typu Ala oprócz tych rzeczy polecam puchowe botki (także już nabyłam po internetowym researchu, dam znać jak efekty już niedługo, ale generalnie metoda polecana). Fajnym patentem jest wrzucenie do śpiworków butelki z gorącą wodą odpowiednio wcześniej zagotowanej na kuchence. Dzięki temu wskakujecie do ciepłych śpiworków. A kuchenka to podstawa w zimne noce. 🙂 Raz dwa zrobicie na niej herbatkę i gwarantuję, że taka herbatka w połączeniu z ognichem i wieczornymi rozmowami sprawią, że taki biwak będzie po prostu niezwykły. Łatwo też szybko ogrzać na niej ręce z rańca i walnąć sobie kubek gorącej herbaty, która sprawi, że zaczniecie z optymizmem wchodzić w nowy dzionek.

Aha. Ważna sprawa. Alkohol niet. Lepiej unikać maluszków na rozgrzanie, bo alkohol nie rozgrzewa na dłuższą metę.

Osobiście bałam się, że będę nie nudzić troszkę, w końcu jestem zwierzęciem domowym, lubię mieć dostęp do plebejskich rozrywek. Zdanie zmieniłam jak przyszło do przygotowywania drewna na ognisko. 🙂 Toż to była zabawa. Nigdy w życiu nie rąbałam drewna… a tu Marek wyciąga nóż i wręcz mi go do łapki… Myślę sobie… no chory człowiek chyba… 😀 Okazało się, że nóż to nie byle jaki tylko kukri. Już wiem, że bez tego się nie ruszę do lasu. 😀 Szybko nauczyłam się obsługi i przez dwie godziny rąbałam drewno, aż wióry leciały. 😀 Zabawa przednia. Nóż bardzo uniwersalny, polecam się w kwestii nauczania. 😀 Tak mi się spodobało, że nie chciałam oddać. 🙂

Z ważnych rzeczy warto wziąć maty do siedzenia. Te z Decathlonu się sprawdzają i nie kosztują dużo. Jednak sporo siedzieliśmy i gadaliśmy przy tym już rozpalonym ognisku. Rozpalenie go jednak nie było łatwe. Było bardzo mokro. Tu polecam z kolei paliwo stałe w kostkach, choć nawet z nim lekko nie było. Można się bawić w krzesiwa i inne bajery, ale uważam, że lepiej sobie życie ułatwiać. 🙂 Mimo, że nadzieja już umierała, udało nam się ognisko w tych trudnych warunkach rozpalić dzięki czterem takim kostkom (weźcie zawsze zapas). Metod rozpalania ognisk jest od groma. Tu polecam wam blog https://bushcraftowy.pl. Jak już ognisko rozpalicie, to gwarantuję Wam ciepełko jak w domu. Do tego ziemniaki w popiół i sprawa jedzonka także załatwiona. Ważna rzecz to woda. Naprawdę, jeśli nie traficie na śnieg (w naszym miejscu biwakowania śniegu nie było), musicie się zaopatrzyć w sporą ilość wody. Z wodą należy pamiętać o jednym. Zostawcie jej sobie na rano tyle, by wypić gorącą herbatę (nic nigdy w życiu mnie tak nie rozgrzało, jak ta herbata rano, a było mi dramatycznie żle przez jakieś pół godziny po wyjściu ze śpiworka) i napełnić termosik na drogę (o ile planujecie dalszą wędrówkę).

Generalnie uważam, ze najgorzej się rano zebrać. Chciałam stamtąd jak najszybciej uciekać do domu. Pakowanie pokrytego szronem tarpa nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Zdanie zmieniłam jednak po gorącej herbacie i ruszyliśmy dalej w góry w poszukiwaniu śniegu. A że to Nowy Rok był, to wyszło słońce i złapaliśmy najbardziej spektakularne widoki, jakie kiedykolwiek widziałam w naszych Beskidach. I tak trzeba żyć, kochani!