Beskidzki zbój! 1

Zanim opiszę Wam Włochy (po powrocie wpadłam w wir pracy), po drodze dostaniecie opis chyba najlepszej imprezy jaką jechałam w Polsce oprócz RTP. Imprezę opisać muszę, bo aż dziw bierze, że przy takiej atmosferze jest tam mało zawodników. 😀 To jest prawdziwy luz organizacyjny, tak jak przy ultra powinno być. Kij z tyłka mają chłopaki wyjęty. To z kolei sprawia, że Wy czujecie się na tym maratonie po prostu świetnie. Pokochałam się ze Zbójem.

Organizatorzy Beskidzkiego Zbója w tym roku zaproponowali swoim zawodnikom 3 dystanse: Sport 500 km, Hobby 192 km oraz Family 53 km (gravel). Dystanse może i nie są za duże, ale jeśli popatrzycie na ilość przewyższeń po drodze (dystans Sport 10 000 m, dystans Hobby 3000 m) to już zaczyna się robić ciekawie. Rafał nie oszczędza Waszych nóg, o nie. On ma talent do wyszukiwania największych górek wpierdolek w okolicy.

Z racji tego, że dochodzę w tym roku do siebie wybrałam dystans Hobby, właśnie po to by mieć z tego zabawę, ale nie dojechać swojego organizmu. Z drugiej strony tym maratonem w fundacji uruchomiliśmy program Aniołów Babskiej Korby. Nasza koleżanka, Zgonia, chciała pierwszy raz w życiu pojechać tak daleko i potrzebowała wsparcia. Przejechała to koncertowo i zapewne niczyjego wsparcie nie potrzebowała, ale myślę, że pomogliśmy jej chociażby radami i przygotowaniem przed imprezą. Dla mnie to doświadczenie było wyjątkowo fajne. Jechałyśmy ten maraton w trójkę (do czego kompletnie nie jestem przyzwyczajona) i niezmiernie mi się to podobało. Beskidzki Zbój pokazał, że nasze aniołowanie ma sporo sensu.

Ale ale… wróćmy do trasy… bo trasa to OBŁĘD….

Widać, że track tego maratonu jest przemyślany od początku do końca tak, żebyście poczuli w nogach konkretnie każdy dystans. 192 km po górskich asfaltach da Wam solidnie popalić. O to w tym chodzi. Nie jest sztuką przejechać 200 km w płaskim terenie w miarę przyzwoitym czasie. Prawdziwa próba Waszych sił to zawsze będą góry. Limit na ukończenie 192 km to 12 h, 500 km 36 h. To nie za wiele przy tylu przewyższeniach, ale wystarcza i widać, że te limity są przemyślane. Nie pozwala Wam jednak na obiadki po drodze. Tu trzeba jechać! Każda wymiana dętki, czy też wracanie się po telefon do sklepu (tak, owszem, Zgonia wracała bidula, ale dzięki temu zrobiła rowerem pierwsze 200 km w życiu… 😀 ), to cenne minuty.

Zaczyna się mocno. Wąskimi drogami, lokalnymi (nie znałam większości, więc organizatorom dziękuję za ich pokazanie) objeżdżacie okolice Koniakowa, Istebnej i Wisły. Tu dostajecie na pierwszych 40 km solidny łomot. Przewyższenia zabijają, podjazdy są ciężkie, bardzo strome. Można chcieć zrezygnować… Cały czas się zastanawiam jak ludzie tam żyją zimą…Toż to musi być bardzo trudne… Za to widoki… Ahy i ohy non stop. Niemniej jednak na około 40 km przebyty Covid dał mi się we znaki. Na naprawdę konkretnym podjeździe zaczęłam się dusić, a nie zabrałam leku… rower wprowadzałam. Po uspokojeniu organizmu podjęłyśmy decyzję, że moją rolę Anioła przejmie moja siostra Ania. Ania w tym roku ma nogę wybitną, więc wiedziałam, że poradzi sobie koncertowo. Dalej pojechałam chwilowo sama, starając się słuchać swojego ciała i nie przeginać. Waty trzymałam w zakresie niskiego tlenu, żeby nie dopuścić do hiperwentylacji. I udało się! Organizm się przystosował bez leku! Trwało to 2 godziny, ale to da się zrobić. Jest nadzieja, pomyślałam… I pocisnęłam sobie w tym niskim tlenie dalej… 🙂

Zaraz za Jaworzynką wjeżdżacie do Czech… i tu zaczyna się tak przyjemny i piękny odcinek lasami tego pięknego kraju, że wraca Wam chęć do życia… I znów. Widoki zapierające dech w piersiach. Tego nie dostaniecie nigdzie indziej. Tylko w górach! Suniecie leciutko serpentynami w tym pięknym lesie i zaczynacie sobie coś tam nucić pod nosem ze szczęścia.

I tak solidnym zjazdem wjeżdżacie na teren Słowacji, by zaraz dostać konkretny łomot. Dwie górki… Co prawda w pięknych okolicznościach przyrody, ale jednak niełatwe. Za mną chłopak, z którym mijałam się co chwilkę. Za sobą słyszę szybką zmianę przełożeń, by po chwili zostać już całkiem sama na trasie. To ważny moment dla mnie, bo pokazał mi, że jest nadzieja. Noga dalej podaje, objeżdżam chłopa, który ultra jeździ. 🙂 Zaraz za zjazdem pod sklepem spotykam swoje dziewczyny, na około 90 km. Uradowane, do końca jedziemy już razem. Co to była za jazda!

Na Słowacji po około 1700 m przewyższenia, dostajecie chwilkę odpoczynku, kilometry za darmo. Te kilometry są okupione co prawda jazdą z samochodami, ale na ultra tak jest. Z tym także trzeba umieć żyć. Tutaj solidarnie dawałyśmy sobie zmiany i tak dojechałyśmy do pięknego pięciokilometrowego podjazdu w okolicach Vychylowki. I to są podjazdy, o które walczyłam! To, co kocham najbardziej. Łagodne serpentynki, którymi jesteście w stanie zrobić każde przewyższenie. Na samym końcu i zjeździe dostajecie takie widoki na Tatry, że Wam w pięty pójdzie. Aż się chce jechać! W nagrodę niemal 20 km w dół… następne 10 km to droga wijąca się piękną doliną.

I tu, moi mili, na 167 km organizatorzy postanawiają sobie z Was solidnie zakpić... Żeby z powrotem wjechać do naszego kraju zaliczycie dwa podjazdy, które zapamiętacie do końca życia. Pierwszy w Novockim Dulovie jeszcze na tyle szeroki, że można tropić węża. Drugi, w Barutovej, to już tylko na sztywno i nie każde przełożenie szosowe sobie tutaj poradzi, tu trzeba mieć nogę i samozaparcie… Łącznie to 3 km, które Was zwyczajnie dobiją… Niemniej jednak tak pozytywnie. Wiecie, że to już koniec… a największą nagrodą będzie dla Was zjazd z przejścia granicznego Ujsoły/Novot. Kto nie zna, ten poznać musi!

Do mety na koniec pozostaje 6,5 km leciutkiego podjazdu piękną doliną, który robicie z bananem na buzi…

Start i meta Beskidzkiego Zbója znajdują się w urokliwym miejscu bez zasięgu w Złatnej, zaraz przy czarnym szlaku, którym można dotrzeć na Rysiankę, gdzie Wasi bliscy, podczas oczekiwania na Wasz powrót z trasy mogą skoczyć napawać się niesamowitymi widokami. Ośrodek Gawra to bardzo miłe miejsce, właściciele udostępniają zawodnikom pole namiotowe, są też pokoje. Ciepła woda, jedzenie i piwko. Niczego więcej Wam nie potrzeba. A brak zasięgu to tylko zaleta. Spędzicie miłe godziny na rozmowach z fantastycznymi ludźmi.

No i ważna sprawa… to maraton samowystarczalny. Dostajecie nadajnik, trasę i jazda. Po drodze nie ma jazdy od punktu do punktu z żarciem. 😉 Liczycie na siebie. A to w ultra jest absolutnie super. Maratonów z punktami żywieniowymi nie kumam do tej pory i niestety nigdy nie skumam. To za proste. 😉

Jeśli trasa 500 kilometrowa jest w połowie tak piękna i przemyślana jak ta, którą jechałyśmy wczoraj, to ja zdecydowanie na przyszły rok piszę się u chłopaków na te 500 km. Warto!
Dzięki tej odzyskałam radość z jazdy wyścigowej, a te 192 km to także idealny dystans, by rozpocząć swoją ultra przygodę z górami. Dla mnie medal z tego wyścigu ma wielką wartość, a Zgonia udowodniła, że wybranie takiej trasy na swoje pierwsze 200 km w życiu to wcale nie jest zły pomysł!

P.S. Żadne zdjęcia nie oddadzą chyba tego, co zobaczycie po drodze. 🙂 Zresztą czasu na robienie zdjęć tu nie ma! Trzeba cisnąć do mety z tymi ohami i ahami! 😀